porady i konsultacje budowlane

Strona wykorzystuje cookies w celach statystycznych oraz poprawnego działania serwisu.
Zapoznałem się z Regulaminem Serwisu BDB.
projektuj i buduj bez błędów!

historie i przypadki budowlane z życia wzięte

Jerzy Bogdan Zembrowski

dział 709
temat nr 001

Awaria ciepłowni parowej


W mojej działalności zawodowej w budownictwie - zaraz na początku pracy - trafił się przypadek szczególny, bo wymagający błyskawicznej reakcji.Było to przedostatniego dnia grudnia roku 1984, gdy pracowałem na Politechnice Białostockiej.

O godzinie 2:00 w nocy zadzwonił do mnie sam rektor z prośbą o pilną pomoc. Był wyraźnie przerażony. Zgłosiła się właśnie do niego delegacja wysłana przez dyrekcję fabryki okien STOLBUD z Sokółki, aby pomóc pilnie, gdyż jest poważny stan awaryjny i zagrożenie, że całe miasto zaraz wyleci w powietrze. Chodziło o to, że fabryczna ciepłownia wyposażona w wielkie wysokoprężne kotły parowe zasilające nie tylko fabrykę, ale także całe miasto w ciepło, uległa nietypowej awarii. Wszystkie pracujące kotły nagle wykazały silny wzrost temperatury i ciśnienia pary do tego stopnia, że przeszły w stan drgań - przez wzierniki obsługa ujrzała jak wewnątrz kotłów topi się okładzina szamotowa - rozgrzana do białości. Wszystko: kotły, pompy, konstrukcja, posadzki i cała ciepłownia zaczęły groźnie drgać. Także drży ziemia i całe otoczenie ciepłowni.

 

Włos mi się podniósł na głowie. Zapytałem rektora, dlaczego z tym do mnie i jak mam pomóc? Usłyszałem, „Dzwoniłem do profesora Wierzbickiego i powiedział, że Pan najmądrzejszy w tematach cieplnych, więc jak nie Pan, to kto?”. Dodał, że zaraz delegacja przyjedzie autem służbowym pod mój dom i zawiozą mnie na sygnale do tej ciepłowni. Powiedział jeszcze: „Panie kolego, niech Pan coś wymyśli - wierzę w Pana” i ... odłożył słuchawkę. Nie wiem co bardziej: dreszcze czy poty mi się przetoczyły po plecach. Zanim się ubrałem i powiadomiłem zaspaną żonę, już pod domem usłyszałem klakson. Wsiadłem, a kierowca ruszył jakby to był rajd Monte Carlo.

 

Do Sokółki mieliśmy 40 km, więc zanim zdążyłem zadać panom z eksploatacji kilka pytań, już byliśmy na miejscu. Auto nie wjechało pod ciepłownię, a zatrzymało się w bezpiecznej odległości tuż za bramą. Przywitał mnie dyrektor fabryki ze słowami „Ratuj Pan, bo nasi energetycy są bezradni. Z czymś takim mamy do czynienia po raz pierwszy”. Przeszliśmy kilkanaście kroków w stronę ciepłowni i wtedy po raz drugi przeszyło mnie mrowie - wszędzie leżał śnieg, ziemia zmarznięta, a pod nogami drgało jakbyśmy stąpali po kraterze wulkanu. Ponieważ szli wszyscy, szedłem i ja, ale im bliżej ciepłowni, tym drżenie ziemi nie tylko większe, ale słychać było przeraźliwy syk pary uchodzącej nad dachem ciepłowni i wycie syren alarmowych. Weszliśmy do środka. Temperatura powietrza chyba ponad 50 C, bo cały spłynąłem potem, wilgotność 100%. Niewiele było widać, bo para natychmiast przechodziła w mgłę i widoczność wynosiła ledwie kilka metrów. Wszędzie migały lampki kontrolne na czerwono oznaczające stan alarmowy, wszystko wyło i piszczało. Świst pary był tak przeraźliwy, że aż bolały uszy. Pod nogami już nie były drgania a wibracje! Miałem wrażenie, że za chwilę albo zawali się dach, albo kotły wybuchną! Cała ekipa stanęła wpatrzona we mnie i czekała co zarządzę.

 

Nie wiem czy z duszą na ramieniu, czy już dusza ze mnie uleciała, ale poprosiłem jedną osobę z obsługi, by pokazała mi wziernik do wnętrza kotła. Podszedł ze mną chyba tak samo niepewnie jak ja - reszta została na wejściu do hali. Zaglądam do wziernika i włosy stanęły mi dęba! Szamot rozgrzany nie do białości a chyba stanu jeszcze bielszego (aż bolały oczy) - spływał strużkami jak wosk ze świecy. Nie było żartów. Taki stan oznaczał, że w kotłach panuje temperatura grubo powyżej 1300 C. Dopóki okładzina z szamotu jeszcze nie spłynęła, miałem kilkanaście minut na decyzję. Jeśli szamot się stopi - strach pomyśleć - wysokoprężne kotły parowe wybuchną!

 

Wyszliśmy z hali kotłów i pobiegliśmy do stojącego niedaleko budynku dyrekcji. Tam poprosiłem o biurko, papier, pisak i ... chwilę spokoju. Siadłem sam ze sobą. Mózg pracował na takich obrotach, że cała termodynamika stanęła mi w głowie jak na ekranie. Narysowałem wykres i-s (entalpia - entropia) pary wodnej, izotermy, izobary i ... pytałem sam siebie. Skoro w kotłach powstała temperatura tak wysoka, że para przeszła w stan przegrzanej, to jej ciśnienie wzrosło ponad dopuszczalne i w efekcie zawory bezpieczeństwa wyrzucają parę na zewnątrz - chroniąc kotły przed wybuchem - objaw normalny w takim stanie. Wszystko drży, bo ciśnienie najwyższe możliwe i konstrukcja się broni - też normalne. Dlaczego jednak parametry pary tak wzrosły? Skoro temperatura pary wzrosła, to oznacza tylko jeden powód: nie ma odbioru ciepła przy spalanym paliwie. Skoro nie ma odbioru ciepła po stronie sieciowej to znaczy, że albo wszystkie pompy z jakiegoś powodu nagle wysiadły, albo ... w sieci brak wody!

 

Nie wiem ile czasu zajęło mi to analizowanie, ale chyba niedługo, bo widziałem jak niektórzy nie zdążyli wypalić nawet połowy papierosa. Zapytałem obsługę, czy pompy obiegowe nie pracują? Odpowiedzieli chórem, że wszystkie pracują. Wtedy zapytałem: „Czy zasilacie miasto w ciepło?”. Odpowiedziano, że tak. Zawołałem, aby zawieźli mnie migiem do kilku najbliżej położonych węzłów cieplnych. Jeśli nie macie kluczy, to weźcie łomy i wyważcie drzwi. Muszę zajrzeć natychmiast do kilku. Odpowiedziano, że do wszystkich mają klucze, bo węzły są w ich dyspozycji. Wskoczyliśmy do auta i pędzimy kilkaset metrów. Wpadamy do pierwszego węzła - wszystko OK. Do drugiego - także. Idziemy do kolejnego, a tam pod drzwiami morze wody i bucha para! Wchodzimy i widzimy całą posadzkę zalaną gorącą wodą - część spłynęła do kanalizacji. Wchodzimy do sąsiedniego - to samo! Spoglądam na zawory bezpieczeństwa - nie tylko otwarte, ale obciążniki przesunięte na początek dźwigni. Wołam, że mam przyczynę! Ustawiam obciążniki w położenie środkowe i pędzimy do ciepłowni! Kotły już nie drżą, a wyją aż strach podejść!

 

Nakazałem powolutku do kotłów napuszczać wodę ze zbiorników uzdatniania. Po minucie - stop! Patrzę na manometry - ciśnienie leciutko drgnęło w dół. Znowu wodą powolutku napełniamy i po minucie zatrzymujemy. Patrzę na manometry - ciśnienie jedną działkę w dół. Uff. Co za ulga. Odczekaliśmy kilka minut i znowu powoli dopełniamy wodą - tym razem przez kilka minut i znowu zatrzymujemy. Ciśnienie znowu spadło i wyraźnie słychać, że drżenie dużo mniejsze. Odczekaliśmy kilka minut i znowu dopełniamy wodą. Ciśnienie na tyle spadło, że lampki ostrzegawcze przestały migać, syreny ucichły a para przestała się wydostawać z zaworów bezpieczeństwa. Mgła trochę mniejsza, że powoli widać resztę hali. Po odczekaniu kilku minut - znowu powtarzamy operację, czekamy i dalej to samo. Po pół godzinie ustało drżenie kotłów. Zaglądam do wzierników - szamot szary. Odetchnąłem. Obsługa dalej już sama operowała w ten sam sposób sposób, a my poszliśmy do dyrekcji. Usiedliśmy. Nastała cisza.

 

Dyrektor zabrał głos pierwszy: „Cud czy co?”. Odpowiedziałem, że cudów nie ma, a to tylko fizyka. Ktoś w węzłach cieplnych - nie wiem czy przez nieuwagę, czy specjalnie, przesunął obciążniki na dwóch zaworach bezpieczeństwa. W efekcie zaczęły one upuszczać nagle wodę sieciową, mimo iż ciśnienie było normalne. W efekcie, silnie zmniejszyła się ilość wody obiegowej w kotłach. Ponieważ kotły są sterowane wg regulacji jakościowej, to ilość spalanego paliwa pozostała ta sama a nawet większa bo w nocy obniżyła się temperatura powietrza. W efekcie mniejszego odbioru ciepła w sieci, zaczęło wzrastać ciśnienie pary w kotłach, a to uruchomiło zawory bezpieczeństwa na kotłach i wody obiegowej nagle ubyło. Koło się zamknęło i wypadki się potoczyły błyskawicznie: ciśnienie i temperatura pary osiągnęło stan przegrzanej pary i została ona wydalana na zewnątrz, bo grozi wysadzeniem kotłów w powietrze. Ponieważ ciepło w palnikach węglowych nadal było dostarczane a bezwładność duża, konstrukcja kotłów przeszła w stan drgań i zjawiska się spotęgowały, gdyż ubywało warstwy ochronnej szamotowej.

 

Wszyscy patrzyli na mnie jak na objawienie. Dyrektor od razu zadecydował: od jutra wszystkie węzły cieplne mają mieć przegląd ustawień zaworów bezpieczeństwa a klucze do węzłów mają być pod kontrolą, zaś obsługa eksploatacyjna ma być przeszkolona w zakresie ich ustawień, by nie doszło do zmiany ustawień obciążników zaworów bezpieczeństwa.

 

Dyrektor uścisnął mi dłoń i podziękował, potem odwieziono mnie do domu. Była jeszcze noc, choć już po 5-tej. Tego samego dnia po godzinie snu już musiałem rano być na zajęciach ze studentami. Nic nikomu nie mówiłem, choć widziałem, że patrzą po sobie wymownie widząc moje oczy jak po całonocnej balandze. Rektor przyszedł do mnie z podziękowaniem: „Wiedziałem, że da Pan radę”.

 

Właściwie na tym koniec. Dyrektor fabryki po kilku dniach przysłał piękny dyplom z podziękowaniem ... Politechnice. Widziałem kiedyś, że dyplom wisiał pośród innych w gabinecie rektora. Gratyfikacji nie otrzymałem żadnej, choć uchroniłem Sokółkę od niechybnej katastrofy. Zdarzenie zapamiętam na zawsze, bo nigdy potem nie musiałem doradzać w tempie tak kosmicznym. Siłą rzeczy nie zamieszczam tutaj zdjęć z tej akcji, bo aparat fotograficzny, to była ostatnia rzecz, która przyszła mi wówczas do głowy. Zamieszczam tylko zdjęcie lotnicze tej fabryki dzisiaj.

 


Fabryka w Sokółce dzisiaj.
Sokółka Okna i Drzwi S.A.
patrz także: ciepłownictwo
komentarze
Cezary Kubiński

2018-01-07 17:20:30

Nie każdy bohater nosi pelerynę;)
« powrót
2007-2019 Wszystkie prawa zastrzeżone dla Biuro Doradztwa Budowlanego mgr inż. Jerzy Zembrowski, Białystok. All rights reserved.
wykonanie choruzy.pl ©