porady i konsultacje budowlane

Strona wykorzystuje cookies w celach statystycznych oraz poprawnego działania serwisu.
Zapoznałem się z Regulaminem Serwisu BDB.
projektuj i buduj bez błędów!

geneza serwisu doradztwa budowlanego BDB

Już po dwóch latach pracy na Politechnice Białostockiej, kiedy mocno się wgłębiłem w zagadnienia termodynamiki i wymiany ciepła, dziedziny te tak mnie zafascynowały, że na świat zacząłem patrzeć nie oczyma zwykłego śmiertelnika, lecz fizyka budowli. Gdzie nie spojrzałem, wszędzie widziałem jak są łamane prawa fizyki. W tym czasie w prasie technicznej szeroko rozpisywano się oraz komentowano na konferencjach branżowych pewien niezbadany dotąd problem eksploatacyjny - mianowicie wpływu braku lub niepełnej automatyki w węzłach cieplnych na pracę instalacji centralnego ogrzewania i ciepłej wody użytkowej oraz na pracę sieci cieplnej. Problem był ważny i występujący w całym kraju - jak Polska długa i szeroka. Z racji oszczędności kosztów oraz braku urządzeń na rynku, po prostu nie instalowano automatyki w węzłach co/cwu albo instalowano, ale w wymiarze mocno okrojonym, tj. stosując tylko regulatory po stronie sieciowej utrzymujące zadaną różnicę ciśnień i czasami po stronie wymienników c.w.u., by nie przekraczać górnej temperatury wody 60 oC. Wszyscy o tym mówili, ale nikt się nie odważył zgłębić temat i się z nim zmierzyć. Nie sama teoria wymiany ciepła i dynamiki pracy urządzeń była trudna, co brak warsztatu do badań. Dla zbadania problemu nie można było wykorzystać istniejącą bazę badawczą, bo jej nie było, a jeśli były to dotyczyły małych i pojedynczych urządzeń, jak np. anemostat, wentylator, pompa czy wymiennik ciepła. Tu chodziło o zestawy pomp, wymienników, zasobników ciepła pojemności 2-3 m3 i sieci cieplnej miejskiej oraz wielu zestawów automatyki i sterowania. Taki kolos odstraszał wszystkich.

 

Wpadłem na pewien tyleż oryginalny co szalony pomysł. Postanowiłem nie budować węzła doświadczalnego, lecz wykorzystać do badań jeden z istniejących i pracujących. Wykorzystałem fakt, że właśnie kończona była budowa jednego z gmachów uczelni, w którego piwnicach budowano olbrzymi węzeł cieplny co/cwu. Można by prowadzić cenne badania, bo nie w laboratorium a "in situ" - na istniejącym i pracującym obiekcie. Na samą myśl o takim przedsięwzięciu, dostałem gęsiej skórki, bo oto cała Polska nie daje rady, a ja jako zupełnie świeży i młody pracownik nauki (przecież dwa lata wcześniej skończyłem studia na Politechnice Warszawskiej) startuję z wysokiego pułapu. Nie bałem się o to czy podołam, lecz o opinie starszej daty naukowców - czyli starych wyjadaczy, którzy z satysfakcją pogrzebią i zadepczą żółtodzioba. Lubię wyzwania, więc to tylko mnie bardziej zmobilizowało. Skorzystałem z okazji i wziąłem udział w najbliższej corocznej Konferencji Ciepłowniczej w Poznaniu, gdzie wygłosiłem referat na temat pracy węzłów co/cwu z niepełną automatyką. Na sali ponad 500 osób ekspertów z tej dziedziny i niemal cała śmietanka naukowców z kraju. O ile na początku mojego referatu widziałem uśmiechy i politowania, to pod koniec miny wszystkim mocno zrzedły i widziałem wyraźne zainteresowanie moim podejściem do tematu. Na najbliższej przerwie obstąpiło mnie kilkanaście osób żywo zainteresowanych tematem. Wszyscy bez wyjątku twierdzili, że porywam się na wyjątkowo trudny i wredny temat, ale też zazdrościli, że mam bezpośredni i niczym nie skrępowany dostęp do węzła cieplnego - nie często przecież budują się uczelnie w kraju. Miałem tę przyjemność, że właśnie Politechnika Białostocka przekształcała się z WSI i właśnie rozpoczęto budowę uczelni od podstaw.

 

Udałem się zaraz do Rektora i zreferowałem problem. Opisałem istotę, że podczas eksploatacji węzłów cieplnych indywidualnych i grupowych co/cwu występują dalekie od projektowanych sprawności i moce wymienników. Że węzły są budowane z niepełną automatyką i w stanie permanentnego rozregulowania hydraulicznego i cieplnego stwarzają poważne problemy z zapewnieniem wymaganych dostaw ciepła na cele ogrzewania budynków oraz ciepłej wody użytkowej. Że oprócz niedogrzewania budynków, nagminnie są zawyżane parametry wody powracające do elektrociepłowni, co skutkuje obniżeniem sprawności kotłów energetycznych. Zaniżana sprawność kotłów, to podgrzewanie atmosfery a nie użytkowanie ciepła spalania na cele bytowe. Wszyscy na tym tracą, a państwo polskie szczególnie. Rektor wysłuchawszy, wstał uścisnął rękę młodemu człowiekowi i przyrzekł, że pomoże zrealizować ten temat badawczy. Faktycznie, za kilka miesięcy, kiedy komisja uczelniana dzieliła środki na badania, ja otrzymałem najwięcej ze wszystkich, co wzbudziło różne mieszane uczucia, bo ... jak to inni profesorowie i docenci czekają od iluś lat i nie dostali albo dostali tylko część środków, a tu jakiś młokos otrzymał 100% tego na co aplikował? Jedni się dziwili, inni doszli do wniosku, że jestem protegowanym rektora. Tak czy siak, nie prostowałem opinii i zabrałem się za organizację przedsięwzięcia.

 

Był to rok 1978 i ustrój, w którym „nikt nic nie wie i nic nie może”. Nie było faksów, a jedynym środkiem łączności był telefon, który notorycznie był zajęty. Trzeba było kilkadziesiąt razy dziennie przez kilka dni dzwonić do producentów aparatury pomiarowej, by wreszcie uzyskać połączenie. Się dzwoniło, by dowiedzieć się nie o cenę aparatu, ale przede wszystkim o najbliższy termin na odbiór, a ten był wyznaczany najwcześniej za rok, dwa. Ręce opadały ze wściekłości. Nie było innej rady. W czasie wakacji zakupiłem za swoje cały bagażnik kawy i bombonier i pożyczonym autem ojca ruszyłem w Polskę. Po wręczeniu fantów, otrzymywałem niemal od ręki termin na odbiór - wystarczyło tylko złożyć wypełniony formularz zamówienia. Tu się pochwalę, bo Rektor podpisał mi cały pakiet czystych formularzy jeszcze przed wyjazdem. Kiedy się o to zwróciłem, to sądziłem że wywali mnie za drzwi, a on ... bez słowa podpisał kilkadziesiąt czystych zamówień i wręczając rzekł „wiem, że mnie pan nie zawiedzie”. W jednej chwili urosłem chyba pół metra. Potem, objeżdżając producentów aparatury, kiedy mieszkałem w hotelach, niczego tak nie pilnowałem, jak tych podpisanych formularzy.

 

Po tygodniu wróciłem i pojechałem znowu - tym razem autem ciężarowym politechniki z jego kierowcą. Po trzech dniach cała potrzebna aparatura była na miejscu. Po rozpakowaniu był stos pod sufit a zajęła cały mój pokój. Potem wakacje spędziłem na budowaniu węzła doświadczalnego. Od rana do północy i dłużej - sam montowałem aparaturę i 4000 m kabli. Pomagał mi oddelegowany i nieoceniony Pan Mirosław Żukowski, który spawał, ciął i montował czujniki na rurociągach w takich miejscach, gdzie głowy się nie dało wcisnąć a on dawał radę. Po czterech miesiącach pracy, węzeł był gotów. Po uczelniach w kraju rozeszła się wieść, że powstał pierwszy w kraju węzeł doświadczalny co/cwu. Przyjmowałem delegacje ze wszystkich chyba uczelni technicznych. Wszyscy byli zdumieni tym co zobaczyli. A ja? Ja nawet nie zawiadomiłem żadnej prasy ani telewizji. Dzisiaj media by to odtrąbiły jako sensację a wywiadów byłoby bez końca. Wtedy marketing nie istniał, a mnie przeszkadzały nieskończone wizyty, ich oprowadzanie, informowanie i spotkania u Rektora oraz ciągle mówienie tego samego. Ja chciałem spokoju, a nie rozgłosu - zwłaszcza,że jeszcze nic nie zrobiłem w temacie, a tylko zbudowałem sobie poligon do badań. W końcu delegacje się skończyły i mogłem zająć się badaniami.

 

Po 12 miesiącach badań, w roku 1979 przygotowałem dla białostockiego MPEC-u duże dwutomowe opracowanie jako raport z pracy badawczo-studialnej „Analiza eksploatacyjnych charakterystyk cieplnych wymienników krajowych oraz możliwości ich pracy w węzłach cieplnych co/cwu pracujących z niepełną automatyką”. Przeprowadziłem badania z uwzględnieniem wszystkich występujących zakłóceń: osadów kamienia kotłowego, pracy automatyki, wahań ciśnień i temperatur sieciowych, zmiennych rozbiorów cwu, stateczności cieplnej budynku, zmiennych ciśnień wody wodociągowej, przerw w pracy pomp obiegowych i cyrkulacyjnych oraz centralnej regulacji jakościowej w elektrociepłowni. Praca została wdrożona w MPEC a jej wyniki stosowane do dzisiaj. Zapewne, dzięki tej pracy i innym późniejszym badaniom dla MPEC, zostałem 15 lat później powołany na członka Rady Nadzorczej MPEC - nawet przez dwie kadencje. Owszem, znowu były szemrania, że mam koneksje we władzach miasta, ale ... już do tego przywykłem.

 

Napisałem kilka publikacji w branżowym miesięczniku CIEPŁOWNICTWO OGRZEWNICTWO WENTYLACJA - wówczas jako pierwszy i jedyny spośród pracowników mojej uczelni, a nie było to łatwe, ponieważ Komitet Naukowy pod wodzą profesora Wasilewskiego oddalał niewiele warte teksty. Po tych publikacjach, większość współpracowników gratulowała, ale byli i tacy co przestali się do mnie odzywać.


W ciągu kilku lat, na bazie mojego węzła doświadczalnego wypromowałem kilkunastu dyplomantów, z którymi badałem najróżniejsze charakterystyki dynamiczne i statyczne wymienników i zasobników ciepła. I tak przyszedł słynny rok 1981, kiedy w grudniu wprowadzono stan wojenny, a ja jako jedyny pracownik uczelni otrzymałem przepustkę i zezwolenie na poruszanie się po mieście w godzinach policyjnych przez całą dobę, ponieważ moje badania miały tę charakterystyczną cechę, że nie mogłem zakończyć aż się proces nie ustabilizuje. Zwykle stabilizacja następowała o 2 w nocy albo nad ranem o 4 czy 5. Wówczas nic nie kursowało (nawet taxi), więc wracałem do domu pieszo na drugi koniec miasta, co zajmowało mi równe 2,5 godziny. Przy tym byłem legitymowany przez patrole milicji i ZOMO kilkanaście razy w czasie jednego marszu. Męczyło mnie to, bo przepustka często nie wystarczała i musiałem odpowiadać na szereg głupawych pytań towarzyszących bystrym spojrzeniom czy nie jestem podejrzany, było świecenie latarką po twarzy by porównać ze zdjęciami poszukiwanych. Czasami było śmiesznie, ale i były lufy wymierzone we mnie po tym jak zażartowałem, że niosę pęk granatów w teczce a patrol zdjął kałasznikowy z ramion. Jest co opowiadać - może przy innej okazji.



 




W wyniku moich badań, kilka lat później opracowałem komputerowy program do obliczeń hydraulicznych istniejących sieci cieplnych i instalacji ogrzewania - jako pierwszy w Polsce z uwzględnieniem rzeczywistych osadów, zamuleń i kamienia kotłowego. Wyniki były na tyle zgodne z pomiarami na obiektach, że program został zakupiony i wdrożony kilka lat później przez większość biur projektowych oraz przedsiębiorstw energetyki cieplnej w kraju. Ba, zostałem nawet wyróżniony i zostałem delegowany na zagraniczne targi komputerowego wspomagania projektowania i eksploatacji jako jedyny reprezentant Polski (pojechałem razem z centralą handlu zagranicznego METRONEX).


Wyniki moich badań w węźle doświadczalnym i uzyskiwane wnioski były na tyle ciekawe i poznawcze, że po zreferowaniu ich na seminarium w Instytucie Ogrzewania i Wentylacji u profesora Witolda Wasilewskiego na Politechnice Warszawskiej, otwarto tam mój przewód doktorski pod kierunkiem (wówczas docenta) Stanisława Mańkowskiego, który wkrótce po tym odwiedził mnie i mój węzeł doświadczalny. Potem przygotowałem rozprawę doktorską „Wpływ braku automatyki na pracę dwustopniowego węzła cieplnego co/cwu z zasobnikiem ciepła”. Czekałem na obronę dysertacji. Zbliżał się nowy rok akademicki. Następowała akurat zmiana władz uczelni, a przy tym ... wymiana sekretariatu. Dzięki temu, odchodzący z pracy sekretariat ujawnił mi skrzętnie ukrywaną tajemnicę. Otóż, pokazano mi ... imienne zaproszenie dla mnie do powoływanego  międzynarodowego zespołu badawczego w zakresie akumulacji i magazynowania energii cieplnej, wystawione przez University of California w USA - wstępnie na 5 lat. Zamarłem z wrażenia i w jednej chwili ugięły mi się nogi, bo zaproszenie nosiło datę sprzed ponad 6 miesięcy. Poinformowany zostałem, że decyzją pewnego pryncypała antagonisty, zostało ono zatajone przede mną. Następnego dnia - akurat w dniu rozpoczęcia nowego roku akademickiego - odszedłem z pracy na uczelni.


Zatrudniłem się w pewnej dużej spółdzielni mieszkaniowej, gdzie przez rok kierowałem działem technicznym i w tym czasie "uzdrowiłem" wszystkie niedogrzewające zasoby mieszkaniowe i wyregulowałem wszystkie pracujące dla nich węzły cieplne co/cwu - ku uciesze MPEC, bo wreszcie nie musieli w niczym interweniować. Najbardziej ucieszeni był i mieszkańcy, bo po raz pierwszy od wielu lat ich mieszkania były ciepłe i wentylowane. Na mój widok wszędzie witano mnie jak króla i traktowano jako cudotwórcę, bo dotąd nikt nie mógł poradzić z niedogrzewaniem.


Za usilną namową kolegów pozostałych na uczelni, równolegle przez dwa lata wykładałem popołudniami i doprowadziłem do zakończenia prac dyplomowych swoich studentów - kierując się dobrem dyplomantów i studentów ostatniego roku, by nie zostawić ich samych sobie z rozpoczętymi badaniami pod moją opieką.


To był jednak tylko przystanek, bo wdrażałem może 5% mojej wiedzy zawodowej. Zwróciłem się więc do biura projektów PROJEKT z propozycją, żeby pozwolono mi utworzyć specjalny zespół komputerowego wspomagania projektowania. Musiałem dużo objaśniać, bo w tym czasie komputer, to była nowość a projektanci liczyli na suwakach logarytmicznych. O dziwo, prezes dał się szybko namówić. Zatrudniono mnie i na moje życzenie sprowadzono z Anglii pierwszy u nich komputer i drukarkę. Namówiłem kolegę z uczelni Władysława Króla (informatyka) i tenże także odszedł z uczelni, gdyż po moim odejściu nie mógł znaleźć sobie miejsca dla siebie. Był to czas, gdy komputer Odra i Riad zajmowały całe dwie kondygnacje, a do korzystania z nich trzeba było zapisywać się w kolejkę na tydzień wcześniej i to tylko na max. 2 godziny, bo inni też czekali. Ja zaś, miałem komputer przenośny, który miał wielkość telewizorka przenośnego a moc obliczeniową taką samą co Riad. To zaważyło i miesiąc później kolega już był pracownikiem owego biura i moim podwładnym. We dwójkę narobiliśmy takiego rabanu, że biuro po pół roku zakupiło jeszcze 3 takie komputery z drukarkami a inni projektanci już potrzebowali kilku dalszych. Specjalnie dla nich napisaliśmy programy, które obliczały sieci cieplne, instalacje c.o. oraz wentylacyjne a także konstrukcje ramowe i żelbetowe. Teraz najwięcej czasu zajmowało kodowanie danych a obliczenia zajmowały kilka sekund. Do tej pory, na suwaku obliczenia zajmowały tydzień i dłużej. Całe biuro wkrótce nie liczyło ręcznie, a każdy miał komputer z drukarką. Szefostwo było wniebowzięte, lokalna prasa miała o czym pisać. Mieliśmy satysfakcję zawodową, tyle że to nadal był tylko przystanek, bo projektantom daliśmy narzędzia, ale my chcieliśmy się rozwijać i sprzedawać te programy dla innych biur w Polsce. Okazało się, że nie w tym ustroju, bo biuro projektów nie mogło sprzedawać programów, a jedynie projekty budowlane.


Pożegnaliśmy więc biuro i ...


Otworzyłem pierwszą w Białymstoku spółkę z o.o. - co w czasach szalejącej komuny było nie lada wyczynem. Wtedy, owszem można było założyć działalność rzemieślniczą o niewielkim rozmiarze rękodzieła, ale by powołać spółkę w oparciu o Kodeks Handlowy z roku 1934, to nie było co marzyć. Wziąwszy do pomocy adwokata wykazałem, że dotąd nikt nie skasował KH sprzed II wojny światowej i wystąpiłem do sądu o powołanie spółki o charakterze naukowo-badawczym. Nazwałem ją Przedsiębiorstwem Nowej Techniki w Inżynierii Sanitarnej ISOC. Był to skrót od mojego programu komputerowego, który zbudowałem razem z wybitnym informatykiem Władysławem Królem - w ostatnim roku. Program wspaniale symulował pracę Instalacji i Sieci Ogrzewań Centralnych. Sąd odrzucił wniosek w pierwszej instancji - żądano pozytywnych opinii urzędów. Potem były wizyty w ministerstwach, urzędach centralnych różnego szczebla oraz komitetach PZPR. Wszędzie opór. Jak to w socjalizmie ma powstać firma kapitalistyczna? Co to, to nie! Mało tego - żaden notariusz w Białymstoku nie chciał się podjąć sporządzenia aktu założycielskiego spółki. W końcu znalazłem notariusza w Sokółce, który po długich ceregielach taki akt spłodził. Dzisiaj, młodym ludziom to nie do wyobrażenia, ale starania zajęły mi równe 12 miesięcy. Powstała pierwsza spółka w Białymstoku w oparciu o prawo z roku 1934. Była to chyba jedna z pierwszych spółek z o.o., bo akta sądowe były stale wypożyczane do sądów w całym kraju. Doszło do tego, że gdy chciałem wpisać zmiany do akt, to musiałem czekać kilka tygodni aż akta wrócą - słyszałem w sądzie, że nie można nic wpisać bo akta są na wypożyczeniu. Dzisiaj spółkę zakłada się w jeden dzień.

 

Ledwie wynająłem lokal, ledwie zatrudniłem księgową, sekretarkę i pierwszych trzech pracowników, ledwie wykonaliśmy pierwsze zlecenie, a już napadły dwie kontrole: jedna z Urzędu Skarbowego a druga z Inspekcji Pracy. Była konsternacja, bo dokumentacja była na medal, cyferki się zgadzały co do grosza, podatki i ubezpieczenia zapłacone w terminach a pracownicy mieli pokój socjalny. Komisje z nietęgimi minami spisały protokoły, że sprawdzono co należało, ale zapisów, iż wszystko OK nie było - choć o to nalegałem. Potem,przez pierwszych kilka lat kontrole się pojawiały średnio kilka razy w roku. Zawsze to samo.


Najdziwniejsza kontrola miała miejsce, gdy zatrudniałem 13 inżynierów (w tym 6 informatyków) a łącznie 17 osób. Otóż od początku mojej działalności przyjąłem model wynagrodzenia prowizyjnego od zysku. Od pracowników oczekiwałem takiego samego zaangażowania jak od siebie - czyli pracy wg zadania, a nie upływu czasu. Płyniemy na wspólnej łodzi: razem płyniemy i razem toniemy, a dokładniej działamy, by nie utonąć. Model ten się sprawdził fantastycznie. Nie wiem dlaczego nie jest powszechny w kraju? Uważam, że ma same zalety. Może jedną wadę, że część zysku trzeba oddać pracownikom, a nie wziąć dla siebie. Zawsze życzyłem każdemu, by jego zarobki były astronomiczne. No i wcale to nie żart. Już w drugim i trzecim roku działalności kiedy mój program ISOC zakupiła większość biur projektowych w Polsce i napłynęły zamówienia z zagranicy, kiedy miałem zleceń na badania naukowe na dwa lata, moi pracownicy otrzymywali wynagrodzenia 5-krotnie wyższe niż średnia krajowa. Może to kogoś zdziwi, ale do dzisiaj mam satysfakcję nie ze swojego zarobku, lecz z wysokiego wynagrodzenia współpracownika. Nie było nic przyjemniejszego, gdy księgowa mnożyła zysk wskaźnikiem z umowy, a potem dwa razy sprawdzała czy się nie pomyliła. Muszę podkreślić, że zarówno inżynierów budownictwa (oczywiście wszyscy byli wcześniej moimi studentami), jak i informatyków, zatrudniałem najlepszych z najlepszych. Mimo dużej i ostrej selekcji, zawsze miałem kolejkę chętnych do pracy. Nic tak bardziej nie cieszyło jak to, że pracownik (a właściwie współpracownik) organizował życie w rodzinie wg jego potrzeb pracy w mojej firmie. Nigdy nie kontrolowałem ich godzin pracy. Nie miało dla mnie znaczenia kiedy i jak dana osoba pracuje, a jakie są efekty pracy. I nie chodziło wcale o wydajność, a wyłącznie o jakość pracy. Stąd, kiedy pracowałem do późnego wieczora, to często widziałem moich ludzi po obiedzie wracających do pracy. Czasami ktoś nie mógł pracować rano, to przychodził na popołudnie, a czasami pracował rano i wieczorem - zupełnie jak ja. Żeby wszystkim ulżyć, kupowałem abonament na obiady, które gotowała nam żona właściciela wynajmowanego domu. To był mój pomysł, dzisiaj nie nowatorski, ale wówczas pół miasta o tym mówiło.

 

Wszyscy byli zadowoleni, bo obiady były na miejscu - w dodatku wspaniałe, bo domowe, a i pani domu była zadowolona, bo otrzymywała za to wynagrodzenie. Byłem zadowolony, bo dzięki temu panowała naprawdę rodzinna atmosfera. Więc, kiedy wynagrodzenia moich pracowników grubo przekroczyły 7-krotność średniej krajowej, zawitała jedna kontrola US a zanim ta się zakończyła, wkraczała kolejna z UP. Ponieważ nie było się czego doczepić, zostałem wezwany do Naczelnika US. Tenże przywitał mnie pytaniem: - Musi pan dawać tak duże płace? - Toż to panie więcej niż zarabiają dyrektorzy fabryk. Próbowałem wyjaśnić, że ja niczego nie daję, a te wynagrodzenia sami wypracowali, bo mają premię i się cieszę, że taką premię mają. Nie dało się niczego wyjaśnić, więc na niczym nie stanęło. Tu muszę zaznaczyć, że w tamtym czasie moja firma uzyskała nieliczny wówczas status jednostki innowacyjno-wdrożeniowej, co zwalniało nas z podatku dochodowego. Wypracowany zysk szedł na płace i zakupy sprzętu. Nawet dywidend nie braliśmy. Mieliśmy wówczas najnowocześniejszy sprzęt komputerowy: komputery, drukarki, plotery i aparaturę badawczą, jakie tylko były na świecie. Z uczelni przychodziły delegacje, by zobaczyć te cudeńka.

 

Zbudowaliśmy wówczas 7 poważnych programów do komputerowego wspomagania projektowania - dzisiaj nazywanych CAD-ami i AUTOCAD-ami. To my pierwsi wytworzyliśmy takie, że inżynierom zapierało dech w piersiach na pokazach i targach.


Jeden z moich absolwentów i dyplomantów Wydrycki wpadł na pewien genialny pomysł (do dzisiaj jeszcze nikt na to nie wpadł), który uznałem za warty wdrożenia: licznik ciepła zliczający zużywaną energię cieplną w dowolnym miejscu (w węźle, na pionach lub przy pojedynczym grzejniku), który bezprzewodowo łączył się z centralką zliczającą i rozliczającą. Kiedy go opracowaliśmy od strony teoretycznej, pojechałem do Ministerstwa Rozwoju i zaprezentowałem pomysł. Zainteresowanie było wręcz kosmiczne. Ministerstwo szybko pozyskało dwa banki, które miały to sfinansować. Podpisaliśmy list intencyjny w tej sprawie. Mając go, zebrałem ośmioosobowy interdyscyplinarny zespół inżynierów i doktorów, podpisaliśmy umowę i ... w ciągu miesiąca mieliśmy stworzony już jeden egzemplarz licznika w skali 1:1, który nie tylko działał, ale zliczał z dużą dokładnością niezawodnie, mimo poważnych wymuszeń zakłóceń. Kiedy zaprezentowałem go w MR, w ciągu kilku dni do dwóch banków, dołączono dwie fabryki mające produkować licznik (JAFAR z Jasła i KFAP z Krakowa) oraz dwa wielkie przedsiębiorstwa (MPEC z Katowic i SPEC z W-wy) które miały wdrażać. Kiedy policzyłem nasze wpływy jako procent z planowanej produkcji w milionach sztuk rocznie, usiadłem z wrażenia - mój zespół też. Zapowiadało się bajkowo.

 

Oczywiście, ze wszystkimi z zespołu podpisałem umowę prowizyjną od zysku. Kiedy miałem się udać do MR, by uroczyście podpisać umowę razem z pozostałymi uczestnikami tego joint venture, dzień wcześniej padła wiadomość hiobowa: rząd się rozwiązał, powstał nowy, zlikwidowano MR oraz skasowano ustawę o jednostkach innowacyjno-wdrożeniowych. Nie było do kogo jechać. Ba, tydzień później od US otrzymałem „piękne” pismo, że został nam cofnięty status jednostki innowacyjno-wdrożeniowej, koniec zwolnienia z podatku dochodowego i wezwanie do uiszczenia zaległego podatku licząc 11 miesięcy wstecz czyli od początku roku. Na nic moje odwołanie, że nie może prawo działać wstecz. Więc chyba jako jedyny, podałem US do sądu! Oczywiście, pierwszą i drugą instancję przegraliśmy. Potem złożyłem skargę do NSA. Tamże, usłyszałem, że żądanie US jest zgodne z prawem, gdyż w ustawie jest napisane, że „w uzasadnionych przypadkach US może żądać zapłaty podatku z datą wstecz” - czyli, że przepis jest uznaniowy, więc US ma prawo tak uznać. Szok! Oczywiście, nigdy nie uzyskałem wyjaśnienia co do „uzasadnienia przypadku”. W efekcie, sprzedaliśmy cały sprzęt komputerowy i biurowy, wypłaciłem należne odprawy pracownikom, zapłaciłem żądany podatek z odsetkami (a jakże), zwolniłem pracowników i spółkę zlikwidowaliśmy.

 

Rozpocząłem etap działalności gospodarczej na swój rachunek. W roku 1990 nawiązałem bliską współpracę z producentem chemii budowlanej Furtenbach z Austrii, gdzie spędziłem wiele dni na badaniach w laboratoriach oraz na różnych obiektach istniejących i w budowie. Przez dwa lata wchłonąłem poważną wiedzę teoretyczną i praktyczną o chemii budowlanej, o której wówczas w Polsce nikt nie mówił. Ba, takiego słowa nawet nie było w słowniku. Prowadziłem więc szkolenia, wykłady i prezentacje w całym kraju i przekonywałem do projektowania i stosowania wszystkiego, co chemia budowlana zawiera - czyli praktycznie we wszystkich elementach każdego rodzaju budownictwa. Potem, posypały się propozycje współpracy od znanych producentów chemii budowlanej (Uzin, Isola, Tegola Polonia, Baumit, Botament, Addiment, Optiroc, Alsecco, Remmers, Kerakoll, Murexin, Dyckerhoff Sopro, Deitermann, Torggler i wiele innych). Zdobywałem kolejną wiedzę. Bardzo mi to odpowiadało, bo zastosowania chemii budowlanej wynikają w prostej linii z praw fizyki budowlanej. Dla zapewnienia poprawnych zastosowań wszystkich bez wyjątków produktów chemii budowlanej, należy znać prawa fizyki budowli.

 

Szybko zauważyłem, że w Polsce panuje plaga nie przestrzegania zapisów lokowanych przez producentów w ich Kartach Technicznych produktów. W Niemczech czy Austrii widziałem jak na budowie kierownik budowy często mierzył temperaturę i wilgotność, by wiedzieć czy można w tym dniu stosować dany produkt, bo w KT było napisane, że nie stosować w temperaturze niższej niż np. 5 oC i wilgotności wyższej niż 4%. U nas, dotąd nie spotkałem kierownika budowy, który miałby na budowie przyrząd do pomiaru temperatury czy wilgotności. Zawsze wprawiało to w zdumienie szefów wymienionych producentów. Musiałem gęsto tłumaczyć, ale nikt tego nie mógł zrozumieć, dlaczego nie przestrzega się wymagań. Jest tak zresztą do dzisiaj, choć już wszyscy z nich wiedzą, że w Polsce "nie ma" zimy, deszczu ani upałów.

 

Z tego właśnie powodu zorganizowałem swoje laboratorium, w którym nie badałem parametrów już zbadanych przy atestacji, lecz parametry produktów, gdy się nie przestrzega wymogów technologicznych, np. wiązania w niskich temperaturach, powyżej 30 oC, wpływu przedawkowania wody, wpływu ponownego dodawania wody, gdy masa tężeje, wpływu podłoża zmrożonego, wpływu zmrożenia produktu, przeterminowania, zbyt szybkiego wysychania, zbyt wczesnego obciążania itp. itd. Dzięki temu, wiem jak poszczególne produkty się zachowują, jak są wrażliwe na te przekroczenia i odstępstwa. Dzięki temu wiem co mam doradzić, gdy panują takie a nie inne warunki. Roznosiciele ulotek o tym nie mają zielonego pojęcia. Często zaskakuję producentów, bo nie wpadli na to, by badać takie zjawiska. Oni badają, by spełnić wymagania norm, a nie efekt partyzanckiego działania domorosłych „fachowców”.

 

Właśnie mija 30 lat mojego doradztwa technicznego w budownictwie, które świadczę w zakresie fizyki budowli budynków: jednorodzinnych, wielorodzinnych, użyteczności publicznej, przemysłowych, komunalnych oraz zabytkowych. Doradzałem już na prawie 2 tysiącach obiektów: od domów jednorodzinnych, po największe kubaturowe. Doradzałem i doradzam przy projektowaniu, przy budowie, przy naprawach i remontach. Przy usuwaniu wad i błędów. W budynkach nowych i istniejących - także zabytkowych. Głównie działam na terenie kraju, ale także za granicą (USA, Anglia, Norwegia, Szwecja, Malta, Gruzja, Rosja).







Tak więc, mając chyba niezły dorobek i niezłe doświadczenie, ośmieliłem się przelać swoją wiedzę na papier. Napisałem książkę „Sekrety tworzenia murowanych domów bez błędów”. Książka spotkała się z dużym zainteresowaniem nie tylko inwestorów domów jednorodzinnych, ale także w równym stopniu architektów, inżynierów budownictwa i wykonawców. Dlatego, przymierzam się do kolejnych z tej serii. Mam czym się podzielić z innymi - wiedzą, jaką ma niewielu. Ci którzy zakupili tę książkę, wiedzą że zawiera treści nowe i nowatorskie, o których często mało kto wie. Cel mam jeden: pomóc projektantom, wykonawcom i inwestorom w tworzeniu budynków bez błędów. Dlaczego? Ponieważ przez 30 lat nie spotkałem ani jednego projektu bez błędów, ani jednego budynku bez błędów, ani jednej budowy bez błędów, ani jednego remontu i renowacji bez błędów! Chodzi o błędy w zakresie fizyki budowli.


I tak, jako ukoronowanie mojej działalności zawodowej, opracowałem pierwszy w Polsce internetowy serwis BDB - poświęcony profesjonalnemu doradztwu technicznemu w budownictwie - ze szczególnym uwzględnieniem fizyki budowli.

Stronę informatyczną w całości zabezpiecza Michał Choruży, bez którego nie powstałby ten serwis. Otwarcie było 18 stycznia 2007 r., ale stale modyfikujemy go i unowocześniamy pod kątem zadowolenia użytkowników. Promujemy i będziemy promować nabywców mojej książki - tej i kolejnych.

moje publikacje.

moje szkolenia i wykłady dla architektów i inżynierów budownictwa

Jerzy Bogdan Zembrowski

 


 

 


_________________________________________

Serwis BDB mojej nieodżałowanej Mamie poświęcam

Jerzy Bogdan Zembrowski

06 kwietnia 2007 r.

_________________________________________

 

2007-2018 Wszystkie prawa zastrzeżone dla Biuro Doradztwa Budowlanego mgr inż. Jerzy Zembrowski, Białystok. All rights reserved.
wykonanie choruzy.pl ©